Rano
Wczoraj był „szalony” dzień. Jaro zaproponował żebyśmy poćwiczyli na schodach.. Oczywiście oprócz ćwiczeń na sali. Pomyślałem – wchodzenie na stopień dobrze mi zrobi – chętnie. W domu robię na kostce ale to mało bezpieczne i niskie. Z Rafałem we wtorek „robiłem” schody – Dobrze by było kontynuować. Podczas ćwiczeń wpadła Magda stwierdzając, że schody to dobry pomysł i dołączy. I tak na ostatnie pół godziny poszliśmy. Wcześniej Jaro wyjaśnił, że schody to mega profit. Że nie ma „zmiłuj”. Że tu się już nie da oszukiwać – przesuwać bezwładne nogi czy coś w tym stylu. Wszystko musi pracować jak należy – kolana, stopy itd.. Dla Was wchodzenie po schodach nie jest niczym nadzwyczajnym – ot – zwykła czynność, którą robi się często wiele razy dziennie. Bezmyślnie.. Przyszła Magda. Na początku ćwiczyliśmy na pierwszych stopniach Wejście – zejście. Z moim sztywnym kolanem to nie łatwe.. Później Magda i Jarek postanowili zaryzykować i wejść wyżej. I tak wspomagając mnie noga za nogą „weszli mną” kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt schodów na półpiętro.. Głównie to była ich praca – Magda szła przodem, starając się żebym nie poleciał do tylu. Jarek w tym czasie zajmował się moimi sztywnymi nogami pomagając je prawidłowo przekładać. Dlatego piszę, że „mną weszli”. Przez chwilę to był krok dostawny – czyli prawą nogą wchodzę, lewą dostawiamy. Szybko jednak zaczęliśmy iść „normalnie” – każdą nogą stopień wyżej.. Z zejściem po dłuższej chwili odpoczynku było prościej. Łatwe to jednak wcale nie było. Dziś zajęcia z Grzesiem, więc z pewnością intensywnie – zobaczymy czy coś po tych wczorajszych schodach będzie mi dokuczać.. Po południu napiszę o ewentualnych reperkusjach wczorajszego „szaleństwa”.