Do południa Wczoraj nie pisałem, bo znów „humorek – muchomorek”. Właściwie bez powodu. Bzdury, na które normalnie nie zwróciłbym uwagi.. Zwykłe niedogodności urastają do takiej rangi, że odechciewa się żyć.. Nie włożysz na przykład pendrive do komputera, bo nie sięgniesz. Jasne – nie ma sprawy. Wystarczy kogoś zawołać, poprosić.. Jak umiesz zawołać.. Wydanie z siebie dźwięku, wtedy kiedy chce graniczy z cudem. A potem już „tylko” wystarczy wytłumaczyć jedną ręką, że pendrive do USB, tylko nie tego niebieskiego (3.0) a tego czarnego (2.0). Proste – z resztą spróbujcie sami. Można przecież napisać na telefonie. Wystarczy przywieźć go z pokoju. I tak z każdą pierdołą, którą normalnie zrobił bym w trzy sekundy..Wczoraj znów żałowałem, że przeżyłem. To jednak jeden dzień. Dziś już w porządku. Grunt, to sobie wszystko dobrze wytłumaczyć. Lata studiów z filozofii i zgłębianie „tajniaków” rozwoju osobistego nie poszły na marne. Komora przebiega pomyślnie – nic niepokojącego się nie dzieje. Mam wrażenie, że słaby jestem. Muszę się mobilizować, jak człowiek w upale. To jednak może być objaw tego, że organizm sprząta. Zużywa energię na jakieś procesy.. Jeśli tak – zgadzam się. Dziś dzień „siłowni” – zobaczymy. Bo z jednej strony ciężko cokolwiek robić a z drugiej (pewno nie tylko ja tak mam) energia rodzi energię. Zobaczymy. Po komorze – jak już wspomniałem – wchodzę na tą niemiecką, piekielną maszynę. Teraz bardziej intensywny program, na ugiętych nogach i głowę prawie cały czas mam nieruchomo. Znaczy pracują nogi i biodra a wszystko ładnie amortyzuje. Nawet czasem się wyprostuję w takiej pozycji, bez przeprostów w nogach..