Wieczorem
Dzień „wewnętrzny”, bez żadnych zajęć ale dość intensywny. Nie ćwiczę ciężko ale często. Dużo stoję „bez trzymanki” z wyciągniętą ręką powoli zmieniając jej pozycję. Dużo wstaję. Podnoszę prawą nogę. Bardziej się na razie skupiam na tym, jak stoję na lewej niż jak unoszę prawą. To różnica, bo – póki co – jedno i drugie wymaga skupienia..Jutro Porąbka i schody – zobaczymy jak będzie..Wczoraj miałem przyjemność przypomnieć sobie płytę Jana Bo (Jana Borysewicza) z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku (czyli już z ubiegłego wieku) – „Wojna w mieście”. Nie była to pierwsza ani ostatnia jego płyta ale chyba najbardziej mi przypadła do gustu. Jako gitarzysta „przerobiłem” całą tą płytę (poza utworami akustycznymi – są moim zdaniem słabe) dźwięk po dźwięku, nie tylko riffy ale i solówki. Odwzorowywałem nie tylko dźwięki ale i niuanse artykulacyjne, atak, wibrato czy sposób użycia efektu „kaczki”.. Wszystko miało znaczenie. To miało być jak kopia obrazu jeden do jeden. Po co? To jest doskonały sposób na zdobywanie wiedzy. Zagrać dokładnie jak BB King, Joe Satriani czy Eric Clapton a później – korzystając z tej wiedzy – tworzyć swój własny styl.. Pamiętam jak jako „gówniarz” zajechałem w ten sposób płyty analogowe „Still Got The Blues” Garego Moor’a czy „Love Over Gold ” Dire Straits. Cofałem igłę milion razy, żeby usłyszeć szczegół.. Teraz to wszystko jest w nutach albo ktoś na YouTube pokazuje krok po kroku – kiedyś trzeba było „na ucho” z trudno zdobytego nagrania.. Nie twierdzę, że teraźniejsi gitarzyści mają łatwiej – tak samo muszą pracować i na jakość – tak jak kiedyś – przekładają się tak zwane „d*pogodziny”. Wkurza mnie ta gadka „ooo! Panie! Za moich czasów..”. Mieliśmy inaczej. Może właśnie teraz jest dokładniej, rzetelniej, bardziej świadomie..Wracając do tematu – taka analogowa płyta, to było pół wypłaty mojej mamy..Oczywiście „Wojna w mieście” to „dno” jeżeli chodzi o teksty i wokal. Wiadomo jednak, że są jedynie pretekstem do pokazania gitarowego kunsztu Borysewicza podpartego mocno pomocą Pilichowskiego na basie. Podobnie było z płytą „Sivan” Grzegorza Skawińskiego (Skywalker), do spółki z Tkaczykiem. Osiecka to to nie jest ale przecież kompletnie nie o to chodzi.. W ogóle jeśli chodzi o gitarzystów (nie tylko) uważam, że nie mamy się czego wstydzić. Nie jeden pokazał, że jest nie gorzej, niż „za oceanem”..